Postcard.

Od nigdy nie umierałam z zachwytu nad tworami Stachury. Wszyscy uwielbiali te jego anioły, oczywiście w wykonaniu esdeemu. Ja znałam kilka tekstów, owszem, ale tylko ze względu na próbę zachowania formy kogoś, kto nie jest ignorantem. Nie rozumiałam go, ot. Proste, prostackie nawet, ale najlepiej oddające faktyczny stan rzeczy. Nie rozumiałam i ochoty najmniejszej nie miałam, by uczynić jakikolwiek krok w jego stronę. On przecież nie czynił. Nie poczułam się ogromnie związana z nim tylko dlatego, że naszym prawie wspólnym mianownikiem było samobójstwo.

Dlatego właśnie nie chciałam pisać. Pisanie męczyło mnie koniecznością wyciągania z głowy całych zdań. Nie można przecież pisać sylabami, literami, onomatopejami też. Nie przystoi to. Myśli trzeba składać, sortować, przebierać, stylizować, ja nigdy nie miałam na to czasu. A w mojej głowie, wyobraź sobie, trzy takie książki już leżą. Za-la-mi-no-wa-ne. Zastanawiałam się przez chwilę dlaczego. Ano dlatego właśnie (cóż za prostactwo, proszę), że kruki żadne nie zwiastują tam. Niczego. Ten umysł mój jest przechowalnią rzeczy znalezionych, których nie trzeba wyrażać niczym fizycznym. Gorzej, że czasem się wylewa. Przychodzi taki potop jeden z drugim i bezpretensjonalnie „ufizycznia” te znaleziska. Bezczelni.

To wszystko tak wygląda w tej rzeczywistości kreowanej, nie zarzucaj mi kłamstwa. Zapewne ktoś, kto sprząta regularnie te całe meandry umysłu wie, gdzie leży prawda. A może po prostu stworzyłam dwie rzeczywistości, żeby bardziej zdawać sobie sprawę z pochyłości tej ostatniej. Nie sprzątam – przyznaję bez konieczności używania siły fizycznej – znowu. Ze mną jak z moją babcią, po dobroci wszystko. Nie sprzątam nie dlatego, że nie potrafię. Nie sprzątam, ponieważ nie zaczęłam robić tego od początku. Taki pedantyzm mały. Nie chwytam rzeczy zaniedbanych.

Wracając, bo uciekłam, taki nawyk. Dzisiaj się spotkaliśmy. W połowie drogi. Okazało się,że Sted czekał już od dłuższej chwili. Po prostu stał. Znikąd zaczął mówić do mnie o jakimś królewiczu, kazałam mu więc się uciszyć. Nawet się nie zdziwił. Okazało się, że zrozumiał przesłanie. Tym właśnie sposobem zaczęliśmy milczeć. Najpierw o sobie, później o nas i kiedy wreszcie przemilczał fakt, że tak naprawdę stoję tam sama i dodał nutkę filmowej ciszy o tym, że powinnam zrozumieć, że to było do przewidzenia, ale oczywiście za każdym razem, kiedy będę miała ochotę znowu, to mogę sobie wyobrażać do woli, wtedy właśnie poczułam to.

Właśnie wtedy, nie wcześniej, w tamtym dokładnie momencie doszło do mnie, jak indywidualni jesteśmy. Jakimi wybitnymi jednostkami musimy być, że opisujemy to, co „nieufizycznione”. Dokładnie mgnienie oka później zrobiło mi się niedobrze na samą myśl o tym, że tak wiele już wypłynęło. Że ktokolwiek dał nam prawo cichym nieprzyzwoleniem, żeby to wszystko nabierało tak fizycznych kształtów. Potrafisz sobie to wyobrazić? Taka bezkształtna, całkowicie fizyczna masa, zupełnie jak po tabletce, dzięki której widzisz panoramę siebie, tylko, że tym razem to nie ty, a to wszystko, co stworzyłeś.

Reklamy

Jedna odpowiedź to “Postcard.”

  1. Od nigdy nie czytywałem Twojego blogu, koleżanko kogoś bardzo bliskiego. Nawet mnie nie kusiło. Dzisiaj natomiast, niby przypadkiem, przez ten nieszczęsny link na ch24 trafiłem do tekstu, który wyżej popełniłaś.

    W tym, konkretnie tym, momencie z nieskrywaną chęcią zaczytałbym się w owych trzech nieistniejących książkach. Szkoda, że niespisanych przez Ciebie w formie fizycznej, wszak papier – cierpliwym będąc – wszystko przyjmie. Z ludźmi jest, niestety, trochę gorzej.

    Ale wracając, żeby nie odbiegać, zaczytałbym się i oderwał od toczących w głowie i toczących mnie całkiem dosłownie myśli. Może to, co masz do powiedzenia odciągnęłoby wielowątkowy umysł na tyle, żeby zapomniał choćby na krótki moment. Może udałoby się wówczas uniknąć trzeciej osoby do nieomal wspólnego mianownika ze Stachurą.

    Dobrze, coś trochę innego chciałem przekazać, ad rem. Zapewniam Cię, nawet sprzątając regularnie, układając, sortując i wyciągając nie znajdziesz prawdy. Żadnej.

    Szczególnie, gdy dopuścić do własnego umysłu, dopuścić głęboko, w każdy zakamarek, inną osobę. Z chwilą odejścia, po wielu latach, zostawi za sobą całkowicie i absolutnie niesprzątalny pejzaż myśli, emocji, marzeń, planów i – wreszcie – uczuć.

    Myślę, że podobnie bywa też w innych, nie do końca podobnych przypadkach.

    Na tej, między innymi, podstawie doszedłem (o ironio!) do wniosku następującego: może jesteśmy indywidualni i wybitni jako jednostki. Jako grupa jednak, równie bezkształtna, co Twoje nieufizycznione myśli, społeczność ludzi sobie obcych czy jakby-to-nazwać, jesteśmy mimo wszystko bardzo, bardzo jednorodni.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: